TRAVIATA/ SZCZECIN

Selfie z Traviatą

“Traviata” – reż. Michał Znaniecki – Opera na Zamku w Szczecinie

„Traviata” to zainspirowana Damą kameliową Aleksandra Dumasa opowieść o tragicznych losach Violetty Valéry – słynnej paryskiej kurtyzany cierpiącej z powodu śmiertelnej choroby i błędów przeszłości, przez które jej miłość zostaje wystawiona na próbę. Kiedy w 1853 roku Giuseppe Verdi napisał libretto opery i zdecydował się pokazać ją na scenie, sięgnął po konwencję lustra, by zasugerować paryżanom, że przedstawieni w niej niemoralni bohaterowie-hedoniści są tak naprawdę odbiciami każdego z nich.

Premiera wywołała skandal. Oburzone damy opuszczały salę przy akompaniamencie trzaskających drzwi. Sto sześćdziesiąt trzy lata później Michał Znaniecki wykorzystuje ten sam zabieg, budując zwierciadło, w którym rykoszetem odbijają się flesze i światła smartfonów, nagrywających filmiki na Snapchata.

„Traviata” w reżyserii Michała Znanieckiego to widowisko, na które Opera na Zamku czekała od dawna. Współpraca z jednym z najbardziej uznanych reżyserów operowych na świecie, mającym w dorobku ponad 190 spektakli (w tym monumentalne plenerowe produkcje realizowane nie tylko na stadionach i wyspach, ale nawet na pustyni w Masadzie), jest marzeniem każdego operowego zespołu. Wystawienie kultowego utworu Verdiego na szczecińskiej scenie od początku miało poza tym wymiar symboliczny – postrzegano je jako jedyną w swoim rodzaju klamrę spinającą kilkuletnie funkcjonowanie tymczasowej hali opery, której otwarcie uświetniła również premiera „Traviaty” (wtedy w reżyserii Gerlindy Pelkowski). Słynący z rozmachu i nowatorstwa reżyser nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. Jego odważna wizja przeniosła widzów w lśniący od kryształowych żyrandoli i złotych spinek do mankietów świat współczesnego show-biznesu, w którym celebryci zastępują artystów, Facebook – przyjaciół, zdjęcia bankietowych tartinek na Instagramie – obiad, a suknie haute couture – zdrowy wygląd. Blichtr i przepych przedstawienia, połączony z oryginalnymi scenicznymi rozwiązaniami, uwypuklił przy tym możliwości jednego z najnowocześniejszych obecnie teatrów muzycznych w Europie.

Akt pierwszy rozpoczyna huczne przyjęcie w paryskim salonie Violetty (w tej roli Marcelina Beucher). Spotkanie jej przyjaciół staje się okazją nie tylko do wspólnej zabawy i wymiany najświeższych plotek, ale także do zaprezentowania najnowszych kreacji od znanych projektantów. Scena została w tej części poszerzona o boczne partie widowni i zamieniona w wybieg dla modelek, na którym – jak podczas prawdziwego pokazu – publiczność mogła podziwiać z bliska wiele efektownych i wyjątkowo kunsztownych strojów, zaprojektowanych przez Joannę Medyńską, na wzór francuskiego „krawiectwa wysokiego”. Ten pomysłowy (i rzadko spotykany w tradycyjnej operze) zabieg, oparty na połączeniu dwóch odrębnych sfer poprzez wkroczenie tancerzy pomiędzy odbiorców, pozwolił znieść wytyczony przez linię sceny podział na rzeczywistość i fikcję. Stał się pierwszym sygnałem ostrzegającym widzów, że oglądany przez nich świat iluzji i złudzeń jest im bliższy, niż chcieliby sądzić. Z jednej strony jest to bowiem wspaniały świat celebrytów, do którego pretendują dziś całe rzesze ludzi – zwłaszcza tych młodych, wychowanych na śledzeniu plotkarskich portali i scrollowaniu internetowych profili szafiarek czy serialowych gwiazdek. Z drugiej – rzeczywistość bliźniacza, kraina prim, łudząco przypomiająca naszą własną, ze wszystkimi jej problemami i rozczarowaniami, tyle że pokryta jakby warstwą lśniącego pozłotka. Co więcej, reżyser wzbogacił operę o performance, ukazujący gości wielkiego pokazu mody, którzy bardziej niż śledzeniem nowych trendów zajęci są polowaniem na sławne osoby, z jakimi mogliby się sfotografować. W przerwie między drugim a trzecim aktem performerzy nagabywali widzów, wciągając ich na ściankę i prosząc o wspólne zdjęcia, co wzmocniło jeszcze opisany przeze mnie efekt. Najbardziej szokująca okazała się jednak scena z drugiego aktu, w której Alfred (Andrzej Lampert) odczytuje pożegnalny list Violetty i – nie wiedząc, jak poradzić sobie z nagłym przypływem rozpaczy – robi to, do czego przywykł, czyli nagrywa swoją reakcję telefonem. Tragikomiczność tej sytuacji i uchwycona w niej smutna prawda o naszych czasach, w których uczuciami chwalimy się – tak jak gadżetami – na portalach społecznościowych, jest uderzająca!

Innym zasługującym na wyróżnienie scenicznym rozwiązaniem jest niezwykłe rozszczepienie postaci Violetty przedstawione w trzecim akcie. Unosząca się kurtyna ukazuje pomysłową scenograficzną konstrukcję Luigiego Scoglio, która dzięki odpowiedniej grze świateł, zaprojektowanej przez Bogumiła Palewicza, wydaje się być zbudowana z monumentalnych luster wprawionych w kamienne kolumny. Zamiast jednej chorej bohaterki leżącej w pościeli na łóżku, publiczność widzi aż cztery łudząco podobne postacie na identycznych łożach. Dopiero kiedy aktorki zaczynają się poruszać, widzowie dostrzegają, że ulegli optycznemu złudzeniu. Ruchy kobiet są podobne, lecz niezsynchronizowane, a indywidualizm ich portretów podkreśla dodatkowo fakt, że przy łóżku każdej z nich pojawiają się inni bohaterowie. Wykorzystanie konwencji sobowotóra pozwoliło Znanieckiemu zaakcentować wielowymiarowość postaci Violetty i rozmaitość przyjmowanych przez nią ról; pokazać, iż jest ona kimś z naszego świata, a nie odrealnioną papierową heroiną, którą można oceniać przez pryzmat czarno-białych schematów. Rozszczepienie to świetnie wpisuje się ponadto w eksploatowaną przez reżysera problematykę wirtualnych kreacji. Wielość jaźni Violetty może wszak odzwierciedlać różne oblicza, jakie przyjmowała ona na internetowych portalach, by dobrze wpisywać się w rozchichotane papuzie towarzystwo bywalców paryskich salonów.

Obok nowatorskich rozwiązań konstruujących „Traviatę” jej najmocniejszą stroną pozostaje warstwa muzyczna. Prawdziwy popis wokalnych umiejętności dali podczas premiery hipnotyzujący Andrzej Lampert i Leszek Skrla (ten ostatni jako Giorgio Germont). Wykonywane przez nich arie ‘De’ miei bollenti spiriti’ i ‘Di Provenza il mar’ z pewnością na długo zapiszą się w pamięci odbiorców. Dobrze zgrała się z nimi także Marcelina Beucher, która poruszyła publiczność arią ‘Addio, del passato’ skontrastowaną z radosnym śpiewem karnawałowego tłumu. Chór i orkiestra szczecińskiej opery pod batutą wybitnego wiedeńskiego dyrygenta, Vladimira Kiradjieva, dopełniły całości, tworząc spójną i niezapomnianą kompozycję.

Tancerzom Opery na Zamku, wcielającym się kolejno w złowróżbne cyganki, hiszpańskich matadorów i pikadorów biorących udział w maskaradzie czy grupę elegantów zmierzających na karnawałową zabawę, udało się natomiast oddać koloryt i atmosferę paryskich ulic.

„Traviata” po włosku oznacza „zbłąkaną”. Oglądając najnowszą premierę Michała Znanieckiego, trudno jednak odnieść ją do oryginalnego tytułu. W tej operze nic nie jest bowiem „zbłąkane” i przypadkowe, a kolejne reżyserskie zabiegi zdają się trafiać w sedno. Nawet Violetta, której przeszłość przypomina niechlubne biografie wielu dzisiejszych celebrytek i popkulturowych gwiazd, nie jest przez współczesnych widzów postrzegana jako tytułowa kobieta zbłąkana. I gdyby nie zakaz rejestrowania obrazu i dźwięku, wielu z nich z pewnością podeszłoby do sceny, by zrobić sobie z nią selfie.

 
 
 

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny Szczecin
24 marca 2016

 
 

http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/selfie-z-traviata.html

http://radioszczecin.pl/172,3161,traviata-w-operze-na-zamku-posluchaj-relacji

Michał Znaniecki: Nie gwałcić Verdiego!

Michał Znaniecki to jeden z najbardziej cenionych reżyserów operowych na świecie. Do Szczecina zawitał, by wyreżyserować „Traviatę” Verdiego. O kulisach tworzenia słynnej opery opowiedział Danielowi Źródlewskiemu.

Po premierze „Traviaty” (163 lata temu) wybuchł skandal. Verdi chciał zaszokować publiczność?
Inspiracją dla libretta była „Dama kameliowa” Aleksandra Dumas’a. To był tekst wówczas modny, by nie rzec przebojowy, czy bestsellerowy. Świetnie się sprzedawał. To były czasy, kiedy jak mężczyzna nie miał kochanki, to nie był stuprocentowym mężczyzną, był poza nawiasem społeczeństwa… Inna była moralność, a Verdi chcąc to wytknąć, a może nawet piętnować, sięgnął do zabiegu „lustra”. Chciał pokazać wszystkim paniom na widowni, że „Wy też możecie być Wiolettą”, bo możecie zachorować, możecie trafić na taką miłość. Każdy z facetów może być Alfredem i znaleźć się w podobnej sytuacji, każdy może udawać, każdy może się sprzedawać… To był ten skandaliczny pomysł Verdiego – lustro, a nie fabuła. 
 
Dziś to raczej standard…
Wtedy to była afera! Premiera była wielkim fiaskiem… Panie wyszły z teatru trzaskając drzwiami – krzyczały: „My nie jesteśmy kurwami!”. Verdi, chcąc uratować dzieło i swoje finanse , wpadł na sprytny pomysł – zmienił czas akcji o kilkadziesiąt lat . Po tych zmianach opera została świetnie przyjęta i stała się przebojem uniwersalnym… 
 
Tym zabiegiem wyprzedził swoje czasy. Co na to „tu i teraz” Michał Znaniecki? Będzie wyścig na siłę czy skale aktualności? 
Postanowiłem być wierny Verdiemu. Skoro on chciał pokazać lustro, muszę to dziś zrobić także. Więc nie mogę mówić, na przykład w kwestii choroby głównej bohaterki o gruźlicy, bo gruźlica dziś nikogo nie boli… Nie spotyka naszej siostry, matki, przyjaciela. 
 
To na co choruje Wioletta?
Na raka. To nas bardzo dotyka, to nas boli, to rozpoznajemy, to znamy. Rozmawiam przecież z publicznością, która żyje dziś. Nie mówię, że powinienem ubrać solistów w jeansy, bo wtedy ich lepiej zrozumiemy, ale muszę szukać pewnych powiązań czy używać środków, które są dziś czytelne.
 
Dopuszcza się Pan zatem radykalnych „uwspółcześnień”?
Nie gwałcę Verdiego, nic mu nie dopisuję, nic nie zmieniam. Idę za jego wskazówkami – chciał lustra, będzie lustro, ale już z innym odbiciem. Przenoszę akcję do współczesnego świata mody, takiego pełnego blichtru, sławy, fleszów, „celebryctwa”… Przenoszę to w świat, gdzie wszyscy są prostytutkami, tak jak w całym show-biznesie… Opera też nim jest. Też się przecież w jakiś sposób sprzedajemy. 
 
Mimo to nie zmieni się pierwotna wymowa?
Reżyser interpretuje: stawia akcenty, wybiera priorytety z libretta: nasza Traviata  opowiada o strasznej samotności, o chorobie, umieraniu w środowisku, gdzie zdrowie i forma jest najwazniejszą wartością… o człowieku samotnym, który musi udawać. Przygotowując się do szczecińskiej „Traviaty” próbowałem wniknąć do świata mody. Poznałem masę ludzi, wiele kobiet, które w rozmowie wykazywały się niezwykłą inteligencją, wrażliwością, wiedzą, elokwencją, a na zewnątrz miały… uśmiech. Taki na stałe, permanentny, zrobiony, sztuczny. Jedna z pań nie mogła nawet na pogrzebie własnego męża zapłakać, ani zmienić wyrazu twarzy. Strasznie mnie to dotknęło. Ta sztuczna poza, ta powierzchność, scenografia żywego organizmu. W środku, jesteś mądry, wrażliwy, głęboki, a na zewnątrz musisz być prosty czy wręcz prostacki – tylko w ten sposób transakcja sprzedaży ma szansę powodzenia.    
 
Jak to się ma do historii zawartej w libretcie „Traviaty”?
Bawimy się, świecimy własnym blaskiem, a tak naprawdę chcemy wyjechać na wieś, usiąść przy kominku z naszym ukochanym czy ukochaną, przytulić się, psa obok mieć, popłakać sobie. I to wszystko jest u Verdiego, nie tylko w fabule, ale przede wszystkim w muzyce, w jej nastroju. Wioletta, chce pozbyć się tych krynolin, ozdób, splendoru. Ona chce flanelowej koszuli i podziurawionych grubych skarpet… Ona chce takiej zwykłej, wyciszonej, prostej domowej atmosfery. Nie tylko w kontekście przestrzeni, ale przede wszystkim emocji. 
Dziś emocje wyrażamy inaczej. Miłość wyznajemy przy pomocy mediów społecznościowych… Facebook daje nam nawet możliwość wyboru czy gradacji emocji, które dotychczas musiały się mieścić w określeniu „lubię to”. Jestem wielkim zwolennikiem i namiętnym użytkownikiem nowych mediów, ale uważam, że technologia jest dziś taką obroną przed prawdziwymi emocjami. To taka nasza współczesna „choroba”. Nawet będąc obok siebie rozmawiamy przy pomocy komunikatorów. W mojej „Traviacie” bohaterowie faktycznie mają smartfony i tak jak wszyscy dziś robią selfie… Ja szukam tej granicy między technologią a realnymi emocjami. Zastanawiam się, czy naprawdę wszystko można umieścić na Facebooku. Ona się potyka, Ona upada, Ona cierpi. Nagrają? Sfotografują? Opublikują? 
 
A ile w tej, czy innych realizacjach, jest Znanieckiego? Pana doświadczeń, Pana wiedzy, Pana emocji, Pana życia?
Nie chcę opowiadać o sobie. Jakbym chciał, to bym sam napisał. I na marginesie zdradzę, że piszę operę, bo wreszcie dojrzałem do tego, żeby coś powiedzieć na temat mojego postrzegania świata. Pomyślałem sobie, że nie będę używał innych oper, tylko napiszę swoją. To jest uczciwsze niż wycinanie, wyrzucanie, dodawanie, przestawianie… Robisz „Hamleta” – zrób „Hamleta” a nie prywatną wersję zostawiajac tytuł ( bo się sprzeda), ale zmieniajac tekst. Ale wracając do pytania – zawsze w swoich produkcjach mniej lub bardziej świadomie zostawiam kawałek siebie, to nieuniknione. Mam na koncie na przykład trzy realizacje „Carmen” Georges’a Bizeta. Pierwszą zrobiłem po rozwodzie – o tym, że można być wolnym, ale szczęśliwym. Druga była po ślubie – o tym, że można zrezygnować z wolności i być szczęśliwym. A trzecią zrobiłem dobre dziesięć lat po ślubie i mówiłem wtedy o swoistym więzieniu, ale i szukaniu szczęścia w nim… 
 
Czy reżyser operowy musi być muzykiem? Zna Pan nuty?
Zaczynałem od gry na fortepianie. To jest największy problem reżysera dramatycznego, który wchodzi w świat opery. Odkrywa, że nie można grać pauzami, bo te są zapisane w nutach. Nie można zmieniać rytmu. Ale to naprawdę nieznaczne utrudnienie, w porównaniu do… na przykład pokazania zapisanego w libretcie podporządkowanemu rytmowi muzyki zakochania w… trzydzieści sekund.
 
I umierania przez czterdzieści minut z pieśnią na ustach do ostatniego tchnienia…
Ale jak mówił Goethe – umieramy wszyscy sześćdziesiąt lat i nikt się z tego nie śmieje, więc jaki problem, że bohater umiera czterdzieści minut. Proszę tu ze mną na ten temat nie rozmawiać, bo ja szanuję Goethe’go (śmiech). Naprawdę większym problemem jest to jak pokazać to zakochanie w trzydzieści sekund, albo jeszcze inne bardziej konwencjonalne sytuacje. 
 
A jak to było w ogóle z zaproszeniem do Szczecina? Dlaczego Pan się zgodził na pracę akurat tutaj? Zadzwonili i…?
Nieeeee (śmiech)… Ja mam potworną fonofobię. Do mnie się nie dzwoni, ze mną się spotyka…
 
Wiem coś na ten temat, próbowałem kilkanaście razy… 
Ja jestem dość trudny jeśli chodzi o dyrektorów teatrów. Nie zgadzam się na żadną propozycję dopóki nie zobaczą moich co najmniej dwóch spektakli.
 
Jacek Jekiel pojechał i zobaczył?
Tak! Dla mnie to jest podstawa. Jak jakakolwiek propozycja przychodzi to zazwyczaj mówią, że słyszeli, że chcą mojego nazwiska, bo nagrodę dostałem… No to ja pytam czy pan widział moją realizację? Ja chcę żeby dyrektor wiedział jakimi środkami operuje, co robię… 
 
A mówią, że Znanieckiego nie da się określić. Że nie da się go zaszufladkować.
Bo za każdym razem chciałbym coś powtórzyć, ale nie mogę (śmiech)… Ale faktycznie Jacek Jekiel i Jurek Wołosiuk byli, zobaczyli… Rozmowa była zatem zupełnie inna. Wiedzieli o co chodzi, znali emocje, widzieli przede wszystkim reakcje publiczności. Tego nie da się ani poczuć, a tym bardziej ocenić oglądając video
 
Minister Gliński na własne żądanie próbuje oglądać Lupę… Póki co bez efektów…
Kiedy zobaczyłem, że Jacek, który ma przecież tyle zajęć może albo potrafi wszystko rzucić i przyjechać na spektakl to się przekonałem, że mamy możliwość dialogu, że możemy rozmawiać o czymś ważnym, że znam moje wymagania. Co ważniejsze, że jego zespól jest na to gotowy.  
 
„Traviata” będzie Pana drugą realizacją w Szczecinie i to na przestrzenni kilku miesięcy. Jesienią ubiegłego roku reżyserował Pan przecież niezwykły teatralno-społeczny eksperyment „Szukając Leara”
To był bardzo trudny projekt, ale dzięki temu zaufaliśmy sobie nawzajem. Nie tylko z zespołem artystycznym, ale od portiera przez inspicjentkę po krawcowe. Wtedy też spotkałem się z Joanną Tylkowską–Drożdż.
 
Rozumiem, że to Pana Wioletta?
Pamiętam, jak przy pracy nad „Learem”, kiedy już wiedziałem, że będę tu realizować „Traviatę”, spojrzeliśmy na siebie i już po chwili wiedzieliśmy, że zrobimy to razem. Już wtedy wiedziałem, że to musi być jej „Traviata”! Ta rola jest niezwykle karkołomna jeśli chodzi o trudność wykonania części wokalnej, ale ufamy sobie i ta praca jest świetna. Chór i balet też mnie doskonale poznał, nie boją się mnie, chcą się rozwijać. Iść do kasy czy podpisać umowę po zakończeniu – to dla mnie za mało. Chcę innej satysfakcji. I tu ją mam. 
 
Jesienią poznała Pana szczecińska publiczność, Pan też ją poznał?
Nie traktuję publicznosci ani zespołu z taryfą ulgową: chyba  dużo wymagam. Powiem tak: warto wracać do miejsc, gdzie jest pełne zaufanie. 

http://www.prestizszczecin.pl/magazyn/91/kultura/michal-znaniecki-nie-gwalcic-verdiego